Gadkowski.pl

FRANCISZEK PATRAŚ - OPATOWSKI DRUKARZ

inne publikacje

FRANCISZEK PATRAŚ
1902 - 1991



Rodzina moja od kilku pokoleń związana jest z Opatowem, lub jego okolicą. Wielu członków naszej rodziny pochowanych jest na miejscowym cmentarzu. Ale korzenie rodu tkwią w innej ziemi. Jak głosi rodzinna tradycja protoplaści rodu zajmowali się handlemi prawdopodobnie pochodzili z Grecji. Jak to było naprawdę, trudno dziś ustalić.

Z opowiadań Ojca wiem, że pradziadek mój w młodym wieku był malarzem pokojowym i mieszkał w Warszawie. Nie wiem jak się to stało, że dziedzic Przepiórowa, majątku położonego między Iwaniskami a Klimontowem sprowadził z Warszawy mego pradziadka, który miał odnowić i wymalować dworskie izby.

Najwidoczniej pradziadek przypadł dziedzicowi do gustu, skoro ten rzekł do niego - zostań u mnie, dam ci zezwolenie na karczmę, będziesz tu siedział i u mnie pracował. Pradziadek przystał na taką propozycję. Tak więc pradziadek mój został karczmarzem.

Dziadek, ojciec mego ojca, mieszkał najpierw w Przepiórowie, s potem przeniósł się doBoduszowa. Miał 12 morgów gruntu i podzielił go między dzieci, których miał czworo: dwie córki i dwóch synów. Tak doszliśmy do mego ojca Wincentego Patrasia.

Ojciec był najstarszy z rodzeństwa. Ponieważ utrzymać się na wsi było trudno, ojciec przeniósł się do Opatowa. Poszedł uczyć się ślusarstwa u Kobzińskiego, który miał duży warsztat - tokarnię i inne maszyny. Później ojciec przerzucił się do Skarskiego, którego warsztat ślusarski mieścił się tu, gdzie obecnie jest Liceum Rolnicze.

Czym się zajmował ojciec? Reperował maszyny rolnicze większe i mniejsze. Potrafił naprawić młocarnię i lokomobile, które je napędzały. Traktorów ani silników elektrycznych wtedy jeszcze nie było. Jak pracował u Kobzińskiego i Skarskiego, to wysyłali go do okolicznych dworów ustawiać i naprawiać maszyny parowe - lokomobile. Ojciec dorobił się własnego warsztatu z tokarnią, miał również 2 pracowników - sam mi tak opowiadał.

W 1900 roku zamknął warsztat, nie zlikwidowałcałkowicie, tylko zamknął i dostał się do pracy w "monopolu" - Państwowej Rozlewni wódek. Jaki był powód, że zrezygnował ze swego zakładu ? Nie było roboty na tyle i nie szło dobrze, więc się przerzucił do państwowej roboty.

"Monopol" - pobierał z gorzelni wódkę nie oczyszczoną i po oczyszczeniu wysyłali ją po większych zakładach. W Opatowie wszyscy wiedzą, gdzie to się znajdowało - obecnie mieści się tam rejon dróg publicznych - przy ulicy Ćmielowskiej. Były tam warsztaty ślusarskie i elektryczne. Pamiętam, że jeszcze nigdzie nie było światła, a oni mieli tam generator i światło elektryczne, a ojciec właśnie go obsługiwał. W 1914 roku, przed samą wojną, wszystkie urządzenia zostały zniszczone, a wódka wylana.

Ojciec ożenił się późno, bo dopiero w 36 czy 37 roku życia. Założył sobie własny warsztat na ulicy Iwańskiej i dopiero się ożenił u Ludwika Węglewicza z jego córką. Węglewicz zajmował się handlem świniami na dużą skalę.

"Urodziłem się jako drugie dziecko. Pierwszy był Józef, ale zmarł dziecięciem, tak mi mówiła matka. Światło dzienne ujrzałem 2 czerwca 1902 roku. Po mnie urodził się brat Roman i siostra Stanisława, która zmarła jako małe dziecko na zapalenie opon mózgowych, a brat Roman zginął jako kilkuletnie dziecko. Na podwórku stała furmanka, siadło na nią kilkoro dzieci i wóz ruszył z Górki, na której stał. Roman spadł pod wóz i został przejechany. Zostałem jako jedyne dziecko moich rodziców.

Naukę rozpocząłem w rosyjskiej szkole, która nazywała się Dwuklasnoje Naczalnoje Uczeliszcze. Szkoła znajdowała się w tym miejscu, gdzie obecnie jest Szpital Epidemiologiczny (Zakaźny) W szkole była klasa przygotowawcza, my nazywaliśmy ją "dla osłów", klasa wstępna i klasy I, II III. Pamiętam nauczyciela Ułanowicza, który uczył w klasach I, II.III. "Osłów" i wstępną klasę prowadził nauczyciel nazwisku Ścigaj. W szkole uczył również Olewiński, nie pamiętam jakich przedmiotów. Nadzór nad nauczycielami Polakami sprawował starszy, rosyjski nauczyciel, na którego wołaliśmy "dziadek".

Wybuch pierwszej wojny przerwał moją naukę w szkole, która w czasie działań wojennych była zamknięta. Zakończenie wojny i uzyskanie niepodległości wszyscy ludzie przyjęli z wielkim zadowoleniem i radością. Od 1918 do 1920 roku chodziłem do nowo utworzonego włościańskiego gimnazjum im. Bartosza Głowackiego w Opatowie. Szkoła mieściła się w budynku odkupionym od wdowy, pani Skarskiej. Po remoncie w budynku przy ulicy Wąworkowskiej (naprzeciw obecnej Wólczanki) najpierw mieściła się gmina, a potem uruchomiono szkołę. Uczyłem się tam do 1920 roku. Dyrektor szkoły w gorącym 1920 roku powiedział: "Każdy uczeń, który ma swoje lata, powinien stanąć w obronie Warszawy" Na komisji zostałem odrzucony, bo brakowało mi palców u prawej ręki, które straciłem w czasie wielkanocnych rezurekcji w 1918 roku przy strzelaniu z "laski".

Czesne wynosiło 40 koron miesięcznie, potem 40 marekpolskich. W trudnym 1920 roku zabrakło pieniędzy na opłacenie szkoły. Ojciec zdecydował, żebym zaczął się uczyć jakiegoś rzemiosła. Przestałem chodzić do szkoły. Pewnego razu spotkał mnie dyrektor liceum Słomka i pyta się, czy gdzieś się uczę. W tym czasie jeszcze nie miałem nic konkretnego. To idź do drukarni - powiedział - bo potrzebują kogoś. Poszedłem do drukarni polskiej Jana Miśkiewicza, która mieściła się w rynku. Praca spodobała mi się. Robiłem na maszynie przy składzie, przy introligatorskiej oprawie książek. Tam była mała drukarnia. Trzeba było umieć wszystko. Żadnych umów nie było. Właściciel powiedział: Proszę przyjść i pracować, trzy lata przerobisz i dostaniesz czeladnika. Żadnego uposażenia nie otrzymywałem. Po trzech latach przeniosłem się dodrukarni żydowskiej Słupowskiego, która mieściła się w budynku poczty. To była już większa drukarnia, było tam 4 pracowników. Pracowałem w niej do 1925 roku, otrzymywałem 60 złotych miesięcznie.

Szwagier wystarał mi się o pracę w Warszawie, gdzie wyjechałem. Przyjęty zostałem do drukarni Klamkowskiego i Rajskiego, która mieściła się przy ulicy Ciasnej - koło Świętojerskiej. Dostałem 80 złotych miesięcznie. W Warszawie pracowałem 6 miesięcy, jednocześnie chodziłem na kursy graficzne przy ulicy Ordynackiej, dwa razy w tygodniu, po pracy. W końcu 1925 roku zachorował ojciec i matkazawezwała mnie do domu. Matka nie mogła sama poradzić sobie z 4 morgami gruntu i inwentarzem: dwoma krowami i koniem. Wróciłem do Opatowa, Po 2 miesiącach ojciec zmarł i zostałem sam z matką.

Powtórnie podjąłem pracę u Słupowskiego. Żyd kupił drukarnię w Ostrowcu i tam mnie wysłał, żeby mu pilnować interesu. Pracowałem więc w Ostrowcu. Za zarobione kupiłem sobie małą maszynkę drukarską, tak że nikt nie wiedział. Taka dodatkowa robota trwała rok czasu. Zakupiłem drugą, większą maszynę, ale dostawcy - Żydzi nieopatrznie przywieźli ją do Słupowskiego i sprawa się wydała. Pryncypał powiedział: U nas pracujesz, a drukarnię sobie zakładasz? Jak już tak, to idź sobie do domu - i zwolnił mnie.

Cóż było robić? Sprzedałem kawałek gruntu, chyba jedną morgę, i zakupiłem sporo rzeczy na otwarcie drukarni. To był początek 1929 roku. To była już trzecia drukarnia w Opatowie. Rok lub półtora robiłem, co się dało, na małych maszynach tzw. pedałówkach. Dom moich rodziców znajdował się przy ulicy Ożarowskiej, czyli z dala od rynku i jako punkt na drukarnię nie był najlepszy. Dwie konkurencyjne drukarnie znajdowały się w rynku, na dwóch przeciwnych końcach. Chcąc znaleźć klienta, trzeba było mocno się nabiegać. Wtedy jeszcze zabiegało się o klienta. Zacząłem się rozglądać za jakimś lokalem w pobliżu rynku.

W czasie wędrówek po mieście spotkałemkolegówszkolnych Jana i Józefa Gulów. Gdy dowiedzieli się o moich poszukiwaniach zaproponowali, abym zwrócił się do ich ojca, który był właścicielem posesji przy ulicy Kościelnej. Był to duży, drewniany dom z piętnastoma pokojami. Mieszkało w nim 5 lokatorów. Ojciec Gulów miał przeszło 36 mórg gruntu pod Iwaniskami i córkę na wydaniu. Panna ta w tym samym roku 1929 została moją żoną.

Zaraz po ślubie dostaliśmy 2 pokoje przy ulicy Kościelnej, a więc blisko rynku. Pomieszczenie już miałem. Potrzebna była teraz jakaś duża maszyna drukarska. Dowiedziałem się, że w Warszawie likwidowana jest drukarnia Władysława Łazarskiego przy ulicy Złotej. Było tam kilkanaście maszyn do sprzedania. Wybrałem sobie niezbyt dużą maszynę formatu B-2 prawie nową tzw. augsburską. Kosztowała mnie 20 tysięcy 200 złotych - to było bardzo dużo. Pieniądze miałem ze sprzedaży 6 mórg gruntu odziedziczonego po rodzicach.

Wszystko już miałem. Jak jednak zdobyć zamówienia przy dwóch istniejących już drukarniach? Brat żony prowadził od niedawna piwiarnię. Zlikwidował ją gdy się ożeniłem i odstąpił nam pomieszczenie z wyposażeniem. Żona zaczęła więc prowadzić piwiarnię, a ja drukarnię. To był jakiś pomysł - połączenie tych dwóch rodzajów działalności. Był to sposób na konkurencję. Większość zamówień pochodziła z gmin. W powiecie było 22 gminy i 2 miasta. Sekretarzy gmin i wójtów przyciągałem do siebie. Dostawali zjeść, wypić i procent. To był normalny zwyczaj kupiecki, prawo rynku. Kto przyszedł do mnie z robotą, to już nie odchodził. 18 gmin drukowało u mnie.

Jedną z większych drukowanych rzeczy u mnie to były książki Stefana Kotarskiego, nauczyciela historii w gimnazjum im. Bartosza Głowackiego. Tytuły tych książek były następujące: "Opatów - dzieje i zabytki", "Opatów w latach 1861 - 1864".



Dzisiaj należą do rzadkości. Czy była zawierana jakaś umowa z autorem? Nie. Poco umowa. Wystarczało słowo, które się wtedy ceniło. Zrobię, będzie się podobać to dobrze, nie to nie. Jak klient kazał tak zrobiłem. Przynosił mi tylko klisze do zdjęć, bo tych sam nie robiłem. Wskazywałem gdzie takowe można zrobić. W drukarni miałemtrzech pracowników, żona pracowała jako czwarta. Czasem zatrudniałem dwóch żydziaków, jak był nawał roboty.

Kotarski był zadowolony do ostatniej chwili. Ukończyłem druk w lecie 1935 roku. Nakład wysłał do Gebethnera i Wolfa i momentalnie wszystko się rozeszło. Było tego po 2 tysiące egzemplarzy. Dostawałem od zleceniodawcy zaliczki, raz 500 złotych, innym razem 200 złotych za papier i farbę. Egzemplarze wglądowe nosiłem do starostwa. Farb i papieru było pod dostatkiem. Sprowadzało się towar z Krakowa, Poznania, a przeważnie z Warszawy.

Drukowałem również pisemka dla Opatowa, Staszowa i Słupi nadbrzeżnej. Były to gazetki szkolne. Gimnazjum Staszowskie zamawiało u mnie pisemko pod tytułem "Młode Pióra" Przysyłali rękopisy co tydzień i co tydzień wychodziło spod maszyny pisemko w nakładzie 500 egzemplarzy. Dla Opatowa drukowałem pisemka pod tytułem "Na Przełomie", redagowane przez Czuba i Piechowicza - urzędników Urzędu Skarbowego.

Drukarnia moja stosowała chyba najniższe ceny, tak że pracy nigdy nie brakowało. Trwało to wszystko do II wojny światowej i drugiej wojny w moim życiu. W czasie okupacji niemieckiej z początku robiłem wszystkie druki dla starostwa za darmo. Nie chciałem pieniędzy. Prosiłem tylko o papier i farby. Zostałem sam jeden w mieście. Drukarnia Jana Miśkiewicza została zniszczona we wrześniu 1939 roku. Drukarnię żydowską Słupowskiego zamknęli Niemcy.

Zbliżał się front. Niemcy przygotowywali się do odwrotu. Na dzień czy dwa przed frontem po mieście jeździł samochód z megafonem, przez który wzywano do opuszczenia domów. Zostaliśmy wysiedleni do Ostrowca. Mnie przyjął z całą rodziną właściciel drukarni miejscowej. 16 stycznia 1945 roku weszli ruscy do miasta. Gdy 16 czy 17 stycznia wróciłem do domu z wysiedlenia, zastałem u siebie w drukarni ruskich, jak ładowali na samochód papier i farbę. To nie wasze, to germańskie. Zacząłem z nimi rozmawiać jak mogłem. Z początku po polsku. Jeden z żołnierzy NKW-dzista z czerwonymi epoletami mówi na boku do drugiego ty słysz, ubiłby jewo". A ten odpowiada "Szto skażesz, tak ja zdiełaju". Jak to usłyszałem zacząłem z nimi mówić po rosyjsku. W rozmowie wtrąciłem jedno słowo po niemiecku, "to ty znajesz toże po germańsku, to ty mudry czeławiek. U nas byłbyś ty ważny".

Już od tego czasu nie zabierali nic. Ale co było na samochodzie to już nie oddali. Przed przesiedleniem rozebrałem jedną większą maszynę i wywiozłem do Ostrowca, bo jak bym ją zostawił, to Niemcy by mi ją potłukli. Sprowadziłem ją potem do Opatowa. Pracy było dużo. Dostałem pozwolenie na prowadzenie drukarni - początkowo na rok. Potem drukarnia przeszła pod przymusowy zarząd państwowy. W 1950 roku drukarnię upaństwowiono. Pracowałem w drukarni do 1970 roku. Drukarnię mi zabrano.

W 1972 roku przyjechali z Kielc, przywieźli dyplom i 1000 zł odczepnego i do widzenia. Tak kończy się moja opowieść."

Przedstawiony powyżej tekst złożony został z dosłownych cytatów z broszury Zbigniewa Puławskiego.



Okładkę projektowała Blanka Gul – Olszewska.

Fotografie Zbigniew Puławski i archiwum rodzinne
Sandomierz 1998

Franciszek Patraś zmarł 21 kwietnia 1991 roku. Pochowany na miejscowym cmentarzu.

zdjęcie grobu Aleksandra Gadkowska 2010 rok

Aleksandra Gromek Gadkowska, 28 maja 2010