Gadkowski.pl

HALINA Z CHMIELEWSKICH SZARZYŃSKA

inne publikacje

HALINA Z CHMIELEWSKICH SZARZYŃSKA

1910 - 1997
       
ŻYCIORYS
Dziadkami Haliny był Piotr Szyrajew i Emilia z domu Skirmunt, a rodzicami Antonina
z domu Szyrajew i Czesław Chmielewski.
 Około 1901 roku Antonina z Szyrajewów poślubiła Czesława Chmielewskiego. Piotr Szyrajew przeznaczył jej, jako wiano majątek Temra, oddalony około 20 kilometrów od Horyzdrycz, majątku jej ojca



 Na mapie tej części Polesia, niebieskim kółkiem oznaczono majątek Temra, a niebieskim kółkiem dobra Horyzdrycze

Tu przyszło na świat ich pięcioro dzieci: dwóch chłopców i trzy córki. Halina urodziła się 22 VI 1910 roku
Parterowy, obszerny dom rodzinny rodziny Chmielewskich zbudowany był z bali modrzewiowych. Stał na niewielkim wzniesieniu, który otaczała gęsta puszcza.  Obok domu rósł sad i pielęgnowane ogrody: warzywny i kwiatowy. Otaczały go zabudowania gospodarcze: stodoły, stajnie, obory, chlewnie i kurniki. Mąż Antoniny Czesław Chmielewski był muzykiem. Nie znał się na prowadzeniu gospodarstwa, więc zatrudniono rządcę Polaka. Także jego żona miała polską gospodynię, która w porozumieniu z Antoniną decydowała o składzie codziennego menu i jadłospisie projektowanych uroczystości.
Produkty żywnościowe dostarczało gospodarstwo przydomowe. Tylko odzież i przyprawy kuchenne i owoce południowe kupowano w pobliskim Kobryniu.
Rodzina Chmielewskich bardzo troskliwie opiekowała się potomstwem. Gdy kolejne dziecko przychodziło na świat, zatrudniano mamkę i niańkę.



Niańka - mieszkanka Polesia w ludowym stroju

Sakramentu Chrztu św. udzielał kapłan z katolickiego kościoła w Kobryniu. (pod wezwaniem Zaśnięcia NMP.) Gdy córka lub syn wyszli spod opieki niańki, przechodzili pod opiekę guwernantki lub guwernera. Zajmowali się nimi przez cały dzień. Towarzyszyli podopiecznym przy posiłkach, wpajali zasady poprawnego zachowania i organizowali rozrywki. Wystawiano m.in. żywe obrazy z książeczek dziecinnych i przygotowywano inscenizację znanych bajek. Widzowie - rodzina i przyjaciele gorąco oklaskiwali występy małych aktorów.
Dwory herbowej szlachty polskiej były na Polesiu bastionami kultury polskiej i europejskiej. Wokół Temry i Horyzdrycz było także wiele dworków polskiej szlachty zagrodowej.  W każdym z nich były biblioteki: jedna dla dzieci ze stosownymi do wieku polskimi książkami i druga dla dorosłych. Składały się na nią książki polskie i tłumaczenia autorów francuskich. Zamawiali je w sklepach w Kobryniu. Skąd goniec ruszał do Polski, a nawet do miast w Rosji. Gdzie penetrował księgarnie, antykwariaty i bukinistów, by zakupić zamówione pozycje.
Uroczyście obchodzono święta katolickie – Boże Narodzenie i Wielkanoc w gronie licznej rodziny Szerajewów i przyjaciół.
Polacy tworzyli zwartą grupę, która żyła obok miejscowej ludności poleskiej.

Życie rodziny Chmielewskich w majątku Temra płynęło spokojnie, we względnym dostatku.
  Wydarzenia w Rosji: obalenie cara Mikołaja i wybuch rewolucji październikowych przeraził państwa Chmielewskich. Zdecydowali, że opuszczą Polesie i przeniosą się do Polski.

 Do podróży przygotowano się starannie. Sprzedano wszystko, co sąsiedzi chcieli kupić: narzędzia rolne, bydło, trzodę chlewną, meble z dworku, płaskodenne łodzie i zapewne sforę psów.
          Na konne wozy załadowano odzież członków rodziny, pościel, zapasy żywności i sprzęty kuchenne. W kolejnych zaprzęgach posadzono członków rodziny. Kawalkada wozów wyruszyła z Temry i przez Brześć podążyła do Poznania.
          Tradycja rodzinna przekazuje, że wyjechali z Polesia w 1917 roku. Jest to niemożliwe, gdyż trwała I Wojna Światowa, a w woj. poznańskim trwały jeszcze walki. Polska odzyskała niepodległość 18 listopada 1918 roku. Należy przyjąć, że wyjazd do Poznania nastąpił w 1919 roku, i to w miesiącach wiosennych.

W Poznaniu wynajęto obszerny apartament, który miał być ich nowym domem. Dysponowali przywiezionym z Polesia kapitałem, który zebrano przez kilkanaście lat eksploatowania ziemi Polesia (nie ufano bankom), powiększonym kwotami z pośpiesznej wyprzedaży dobytku majątku Temra. Kapitał ten pozwolił na prowadzenie gospodarstwa domowego i kształcenie dzieci.

Halinę zapisano do szkoły powszechnej, a po jej ukończeniu do 6 letniego gimnazjum i liceum ogólnokształcącego. Uzyskanie świadectwa maturalnego pozwalało Halinie Chmielewskiej rozpocząć 4 – letnie studia na Uniwersytecie Poznańskim na Wydziale Humanistycznym. Ukończyła je mając 25 lata.

Nauka była płatna. Prócz opłaty czesnego w szkołach trzeba było nabyć podręczniki i pomoce szkolne. Należało także wyżywić i ubrać 7-mio osobową rodzinę. Więc fundusze przywiezione z Polesia szybko się wyczerpały. Antonina, matka Haliny podejmowała jakieś nisko płatne zajęcia, a ojciec - wirtuoz skrzypiec udzielał lekcji muzyki i organizował koncerty.


 Tradycja rodzinna nie przekazała żadnych wspomnień jak układały się dalsze losy Haliny Chmielewskiej. Nie wiadomo, kiedy i gdzie poznała przyszłego męża Franciszka Szarzyńskiego i kiedy się pobrali.  Analizując fragmentaryczne wspomnienia jej siostrzenicy, można przyjąć, że po ukończeniu studiów wyjechała do Krakowa.
We wspomnieniach Haliny z Chmielewskich Szarzyńskiej wynika, że jako małżeństwo mieszkali w Krakowie. Jednak w Krakowie było wielu filologów płci męskiej i Franciszek nie znalazł pracy w jednej z męskich szkół. Istniał obyczaj, że wykładowcą w męskiej szkole średniej mógł być tylko mężczyzna, by nie narażać młodzieży na niestosowne pokusy. Franciszek Szarzyński w 1931 przeniósł się, więc do Opatowa, gdzie zatrudniono go, jako wykładowcę historii i łaciny w Gimnazjum i Liceum im B. Głowackiego, a jego żona Halina pracowała w dwóch krakowskich żeńskich gimnazjach wykładając łacinę. Franciszek każde wakacje spędzał z żoną w Krakowie. Zapewne koło 1936 lub 1937 roku Franciszek zaprosił żonę do Opatowa na wakacje.
Halinie Szarzyńskiej podobało się w Opatowie, więc poprosiła Dyrektora ks. Antoniego Prugla, by przyjął ją do pracy. Została wpisana na listę wykładowców, jako nauczycielka łaciny.
  Państwo Szarzyńscy zamieszkali w prywatnej, czynszowej kamienicy, nazywanej „ludzką krzywdą” przy ul. Sandomierskiej. Byli bardzo szczęśliwi, że wreszcie mieszkają razem.
            Kilka dni po rozpoczęciu działań wojennych II Wojny Światowej - 8 września 1939 roku przyszedł na świat ich syn Jerzy.(dane z Urzędu Stanu Cywilnego w Opatowie), Gdy armia niemiecka wkroczyła do Opatowa zostali eksmitowani z dotychczasowego lokalu i zajęli pomieszczenie w jednym z mieszkań w murowanym, piętrowym domu państwa Resztaków, usytuowanym w pobliżu istniejącej wówczas mleczarni przy ul Sandomierskiej.

 
Okupując Polskę Niemcy niezwłoczni wprowadzili plan AB. Miała to być fizyczna likwidacja wykształconych Polaków (Intelligeneaktion,) zaś pozostałych wychować na fizycznych pracowników Rzeszy.
Pierwsze aresztowania w Opatowie odbyły się w połowie czerwca 1940 roku ( brak daty dziennej, gdyż księga aresztu jest niedostępna).
Prócz Franciszka Szarzyńskiego aresztowano także Komendanta Hufca Opatów, sekretarza sądu, farmaceutę i malarza.
W opatowskim areszcie przetrzymano ich kilka dni, a 9 czerwca wywieziono do Skarżyska Kam. Tam zostali umieszczeni w budynku szkolnym wraz z wieloma aresztowanymi z innych okolic. 22 czerwca wraz z grupą innych aresztowanych zostali dowiezieni autem ciężarowym na wzgórze Brzask, tam ich rozstrzelano i pochowano w zbiorowej mogile.
Gdy władzę wojskową przekazano władzy cywilnej, szef Generalnego Gubernatorstwa Otto Frank wydał zarządzenie, by zarekwirować we wszystkich szkołach Generalnego Gubernatorstwa podręczniki obowiązujące przed 1939 rokiem. W każdym z miast utworzyć szkołę powszechną. W Opatowie zorganizowano szkołę podstawową w szkole zwanej. „czerwoną”, której kierownikiem został p Zaidler. Uczono w niej rachunków, robót ręcznych, dla dziewcząt i chłopców i poprawnego pisania Prowadzono także zajęcia z gimnastyki.  Mieli stanowić kadrę wyrobników III Rzeszy.
Ale mieszkańcy Opatowa nie chcieli, by ich dzieci wyrosły na niewykształconych robotników. Wierzyli, że wojna szybko się skończy i ich dzieci będą mogły studiować w wolnej Polsce.
Tajne nauczanie rozpoczęto organizować w roku 1940. Samorzutnym organizatorem był ksiądz Feliks Staszak wysiedlony z Poznania. Powstawały grupy młodzieży nauczane na wszystkich poziomach szkoły średniej przedmiotów zakazanych przez okupanta. Nauczycielami zostali byli wykładowcy z gimnazjum i liceum, naukowcy wysiedleni z Poznania i innych miast, oraz studenci, którzy nie zdążyli ukończyć studiów przed wybuchem II Wojny Światowej. Lekcje odbywały się w prywatnych mieszkaniach uczniów. Byłam wówczas zdziwiona, że moje starsze koleżanki przechodziły wyznaczonego dnia do innego mieszkania na kolejne lekcje. Nie było pomyłek.
Wyjaśnił mi ten problem ksiądz Feliks Staszak, który przybył na II Zjazd Absolwentów naszej szkoły:
To było proste; Sporządziłem listę wykładowców i mieszkań gdzie mogłyby odbywać się lekcje. Wykładowcy zostali poinformowani, którego dniu w tygodniu i o której godzinie mają zajęcia z młodzieżą. Po wykładzie informowali uczniów gdzie się spotkają…Jednak kilka rodzin udostępniało mieszkanie aż do zakończenia wojny…”

Halina Szarzyńska uczyła łaciny. W mieszkaniu państwa Kwiatkowskich miała troje uczni: Zdzisława Kocznura, Wandę Jakubczak – wysiedloną z  m. Łodzi. i córkę gospodarzy mieszkania Stanisławę Kwiatkowską. Lekcje rozpoczynały się o godzinie 13 i trwały 45 minut. Odbywały się dwa razy w tygodniu. Trwało to przez całą okupację.
    Ksiądz Staszak ustalił, że rodzice o niskich dochodach nie ponoszą żadnych opłat za naukę dzieci, lecz rodzice zamożniejsi wnosili określone kwoty. Pedagodzy otrzymywali z uzbieranej sumy niewysoką „pensję”. Pani Halina Szarzyńska otrzymywała także z Powiatowego RGO zapomogę, jaką otrzymywały wszystkie rodziny zamordowanych i aresztowanych mieszkańców miasta.
     W swych „Wspomnieniach sprzed pół wieku” napisała:
    „ Poznałam tu w czasie okupacji wielu szlachetnych i ideowych ludzi, którzy przywrócili mi wiarę w człowieka. W czasie najtrudniejszych chwil walki o przetrwanie, podali pomocną dłoń i pomogli przeżyć w nienajgorszych warunkach mnie i mojej rodzinie. I za to zachowuję w sercu wdzięczność.”
    Wysiedlenie przez okupantów mieszkańców Opatowa i okolic na kilkanaście dni przed wyzwoleniem spowodowało, że wszyscy wysiedleni puścili miasto. Wyjechali zarówno wykładowcy jak i ich uczniowie. Nie było nikogo, kogo można by zapytać komu jeszcze wykładała łacinę na tajnych kompletach Pani Halina Szarzyńska.
    W połowie lutego 1945 roku rozpoczął się nowy rok szkolny w Gimnazjum i Liceum im B. Głowackiego. Naukę rozpoczęło 491 uczniów w 9 klasach. Wykładowcami było 11 pedagogów, w tym pani Halina Szarzyńska, jako nauczycielka łaciny.
     „Pani Halina Szarzyńska uczyła mnie łaciny w III i IV klasie gimnazjum”( Napisał w swym pamiętniki jeden z jej uczniów  - Krzysztof Gromek.)
Po kilku miesiącach lekcji spostrzegła, że słówka i czytanie łacińskich tekstów nie są dla nas problemem. Kłopoty sprawiała gramatyka. Postanowiła nam ułatwić jej zrozumienie i przyswojenie. Po 30 minutach lekcji kończyła wykład i przystąpiła do odmieniania poszczególnych rzeczowników przez przypadki. Po kilku tygodniach zajęci byliśmy koniugacją, czyli odmianą czasowników. W IV klasie ćwiczyliśmy tłomaczenia tekstów z łaciny na język polski i z polskiego na łacinę.
Dzięki staraniom Pani Haliny Szarzyńskiej na świadectwie ukończenia IV klasy gimnazjum nasze stopnie z łaciny były dość wysokie…
.”


Po otrzymaniu świadectwa  małej matury 17 czerwca 1947 wykonano pamiątkowe
 zdjęcie wszystkich uczniów otaczających Panią Halinę Szarzyńską.


 
    Pod koniec roku szkolnego 1950 – 1951 wszyscy pedagodzy wykładający w Gimnazjum i Liceum im Bartosza Głowackiego otrzymali wezwania do Powiatowego Komitetu PZPR w Opatowie na rozmowy kwalifikacyjne.
    Po ich zakończeniu Dyrektor szkoły Franciszek Mendyk dostał polecenie z tegoż komitetu, by 1 września 1952 roku zwolnić z grona pedagogicznego ośmioro z z 11 wykładowców.  Jako powód podano, że reprezentują niesłuszny, bo niezgodny z linią PZPR światopogląd. Na miejsce zwolnionych pedagogów, dyrektor Liceum musiał znaleźć nowych wykładowców, by praca szkoły mogła być dalej prowadzona bez zakłóceń.
    
Zwolniona z pracy Pani Halina Szarzyńska otrzymała ze Związku Zawodowego Nauczycielstwa Polskiego w Opatowie nominację na nauczycielkę szkoły powszechnej w pobliskim Łagowie. Przydzielono jej mieszkanie w prawie zrujnowanym domu. Z desek sufitu kapała woda, gdyż poszycie dachowe było uszkodzone, piec w kuchni dymił i trudno było rozpalić ogień, by przygotować posiłek dla siebie i 13 letniego synka. Kontrast między mieszkaniem w Opatowie a mieszkaniem w Łagowie był duży. Syn ciągle kasłał, miał katar, ale gdy pojawiła się podwyższona temperatura postanowiła zawieźć go do lekarza w Opatowie. Był to dzień targowy – środa. W drodze do lekarza spotkała pana Franciszka Mendyka, który podszedł do niej i życzliwie wysłuchał opowieści o kłopotach. Ku jej zdziwieniu zaproponował następne spotkanie za kilka dni.
Podczas owego spotkania były dyrektor szkoły poinformował ją, że zamierza pomóc w tej trudnej sytuacji życiowej i proponuje by wyjechała do Warszawy. Podał zaklejoną kopertę, którą winna oddać pod wskazanym adresem.
Pani Halina Szarzyńska odnalazła na mapie stolicy poszukiwany adres. Nigdy nie dowiemy się czy był to adres osoby prywatnej, czy instytucji. W krótkim czasie, mimo, że był to listopad - początek roku szkolnego -, zatrudniono ją w żeńskim gimnazjum i liceum ogólnokształcącym, jako wykładowcę łaciny w pełnym wymiarze godzin. Otrzymała także przydział na 3 pokojowe mieszkanie w nowo wybudowanym bloku przy ulicy Waszyngtona 41. Nigdy też nie dowiemy się czy jedna osoba, czy jakaś grupa zajęła się organizowaniem jej życie w Warszawie.

Pani Halina Szarzyńska nie wróciła do Łagowa z podróży do Warszawy. Komenda Powiatowa Milicji Obywatelskiej w Opatowie nie otrzymała zgłoszenia o jej zaginięciu, więc nie wszczęto procedury poszukiwań.

 

W dniach 4 i 5 października 1969 roku zorganizowano w Opatowie zebranie byłych i obecnych mieszkańców miasta. Podjęto wówczas decyzję by powołać Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Opatowskie. Wszyscy obecni stali się jego członkami. Gdy policzono, że najwięcej opatowiaków mieszka w Warszawie i Poznaniu zwrócono się do nich z apelem by w swoim miejscu zamieszkania utworzyli koła terenowe TPZO. Kolega Andrzej Karbowniczek podjął się udostępnić nam na zebrania salę konferencyjną lub kawiarnię w ZPC „ Wedel”, w Warszawie, której był dyrektorem. Zabraliśmy się do spisywania danych 130 „opatowskich warszawiaków”, Jedna z opatowianek zasugerowała, by dopisać do listy panią Halinę Szarzyńską, która mieszka w Warszawie i podała jej adres.
Wiosną 1970 roku odbyło się w Sali konferencyjnej fabryki „Wedel” pierwsze zebranie organizacyjne Warszawskiego Koła TPZO. Jednogłośnie wybrano przewodniczącym inż. Zbigniewa Małychę.  Sporządził listy kolegów różnych dzielnic, którzy mieli obowiązek zawiadamiania o zebraniach swoich sąsiadów. Jeden z nich był, w stałym kontakcie z przewodniczącym, który ustalał z panem Andrzejem Karbowniczkiem termin zebrania ogólnego lub jednej z 3 sekcji. Wydaje się to nieco skomplikowane, ale działało sprawnie przez kilka lat. Zebrania rozpoczynały się o godzinie 17 –tej. Projektowane Koło TPZO rozpoczęło działanie.
   
Na jednym z zebrań w 1972 roku padło pytanie:, jeżeli na nasze spotkania zapraszaliśmy opatowiaków mieszkających w stolicy, nie  zrzeszonych w naszym Kole, to powinniśmy także zaprosić panią Halinę Szarzyńską. Obecni zgodnie zagłosowali „za”. Przewodniczący zadzwonił do byłej nauczycielki łaciny i Pani Halina Szarzyńska przyjęła zaproszenie.

    61 letnia wówczas Pani Halina nie wiele się zmieniła, choć zapewne przybyło jej kilka kilogramów. Gdy przyszła na zebranie większość obecnych wstała ze swoich miejsc i otoczyła ją zwartym kołem, głośno wyrażając radość, że znów się spotkali. Przypominali jej, w której kasie ich uczyła, ale oświadczyła, że choć ich twarze są znajome, to nie potrafi wymieniać ich imion. Chyba była zadowolona, że tylu uczni ją pamięta.
 Gdy umilkło radosne zamieszanie, Pani Halina podpisała Deklarację i stała się członkiem Warszawskiego Koła TPZO i wznowiono przerwane obrady Koła TPZO.
    Zebrania wszystkich członków odbywały się, co 2 miesiące, a na nich nie było miejsca na koleżeńskie rozmowy. Początkowo zapraszałyśmy się wzajemnie do swoich mieszkań, ale odległość np z Pragi na Mokotów dość znaczna i wymagało przesiadek. Postanowiłyśmy sprawę uprościć: wybrałyśmy kawiarnię „Mirowska” w centrum Warszawy. Na ogólnym zebraniu ogłosiłyśmy, że w każdą pierwszą sobotę miesiąca możemy się spotykać na pięterku już o godz. 17 – tej.


    Na prywatne spotkania „opatowskich warszawianek” przychodziło czasem kilka, a niekiedy kilkanaście członkiń Warszawskiego Koła TPZO. Wreszcie można było prywatnie porozmawiać. Najczęściej rozmawiałyśmy o pani Halinie Szarzyńskiej. Zastanawiałyśmy się dlaczego i kiedy wyjechała z Łagowa i zamieszkała w Warszawie?. Odpowiedz znała tylko Pani Halina Szarzyńska i postanowiłyśmy ją o to zapytać.
    Zaprosiłyśmy naszą byłą nauczycielkę do kawiarenki „Wedla” na rozmowy o dawnym Opatowie. Pani Halina Szarzyńska chętnie opowiadała o swych wrażeniach podczas zwiedzania Opatowa.
„Po terenie szkoły oprowadzał mnie mąż. Niewielkie budynki szkoły były zbudowane na pochyłości wzgórza. Od budynku Dyrekcji zbudowanym na najwyższym punkcie wiodły wygodne betonowe schody prowadzące do najniższego punktu, gdzie była obszerna sala gimnastyczna i boiska. Obudowane z obu stron tynkowaną niewysoką barierą, a poza nią rosły liczne kępy kwitnących krzewów, a obok nich skupiska ogrodowych kwiatów. Pomyślałam wówczas, że miło by mi było pracować wśród takiej masy zieleni

Pani Halina przerwała opowieść i zapytała mnie, dlaczego notuję jej słowa. Wyjaśniłam, że w Opatowie TPZO wydaje pisemko „Ziemia Opatowska” i zbieramy materiały, by opisać jej pierwszy pobyt w Opatowie. Zastanowiła się chwilę i zaproponowała, że taki tekst może napisać sama. Ucieszyłyśmy się z tej decyzji.  Po kilku miesiącach przyniosła tekst maszynowy „Wspomnienia sprzed pół wieku”, Byłyśmy zdumione i rozczarowane. Zdumiało nas stwierdzenie „ uległam presji” Przecież sama ofiarowała się te wspomnienia napisać.  Słowo „półwiecze” sugeruje, że pisała i oddała nam swój tekst w 1986 roku, gdy nie istniało już wówczas Warszawskie Koło TPZO. Tekst doręczyła w 1973 roku.  Na nasze nieśmiałe pytania:, „dlaczego” odpowiedziała „taki tekst wydaje mi się właściwy” 
Po zakończeniu tematu „opatowskie wspomnienia” w Kawiarence Wedla, mogłyśmy zadać byłej nauczycielce najważniejsze pytania, kiedy: i dlaczego zamieszkała w stolicy. Pani Halina kategorycznie odmówiła odpowiedzi.                                                                                                    
„Żyją jeszcze mieszkańcy Warszawy, którzy pomogli mi osiedlić się w Warszawie. Gdybym je ujawniła, spotkałyby ich bardzo surowe represje”
Zapewniałyśmy, że jeśli przyrzekniemy, że nigdy nie opublikujemy w Ziemi Opatowskiej i w żadnym innym piśmie treści tego, co nam dziś opowie, że nie będziemy tego opowiadać żadnym znajomym, nie tylko opatowiankom. Dajemy na to harcerskie słowo. Pani Halina uśmiechnęła się i zaczęła opowiadać.
Gdy po raz pierwszy zobaczyłam mieszkanie, które przeznaczyła mi gmina Łagowa byłam przerażona. Dach przeciekał, piec kuchenny dymił, na ścianach była pleśń. Miałam tu mieszkać z synem i przeżyć zbliżającą się zimę. Na tym dymiącym piecu miałam przygotowywać potrawy dla siebie i syna. Ale ja w ogóle nie umiałam gotować. Przez całe życia ktoś przygotowywał posiłki i podawał do stołu. Nigdy nie przyszło mi do głowy zapytać kucharki, jakie produkty przyrządzała i jak się to gotuje, czy piecze.
Gdybym zapytała opiekunkę syna w Opatowie, jakie produkty i w jakich ilościach należy podawać dziesięcioletniemu dziecku, zapewne otrzymałam bym dokładną odpowiedź.
Nasze codzienne posiłki były monotonne: kanapki z chleba lub bułki z masłem i twarogiem i serdelek popijane herbatą lub mlekiem. Pozostałe dzienne posiłki różniły się dodatkami: np. jajecznica lub jajka na miękko. Produkty kupowałam w sklepiku Spółdzielni.
Nieodpowiednio żywiony syn w niedogrzanym mieszkaniu często chorował. Miał zaczerwienione gardło kasłał, i miał katar. Podawałam mu aspirynę, poiłam mlekiem z miodem, nacierałam spirytusem. Ale gdy uporałam się z katarem pojawiała się kolejna dolegliwość.  W końcu października, gdy przy atakach kaszlu pojawiła się podwyższona temperatura, postanowiłam pojechać z nim do lekarza w Opatowie.
W drodze do lekarza spotkałam pana Dyrektora Franciszka Mendyka, który podszedł do mnie i zapytał jak mi się powodzi w nowej szkole. Opowiedziałam dokładnie, jakie mam kłopoty. Słuchał uważnie i stawiał dodatkowe pytania. Wreszcie powiedział, że teraz powinnam iść do lekarza i zaproponował spotkanie za tydzień, gdy mały będzie zdrowy. Spotkaliśmy się w tym samym miejscu, co poprzednio.
„ Usiłuję Pani jakoś pomóc – powiedział, choć nie wiem czy skutek będzie taki, jaki - mam nadzieję - osiągnąć. Czy zgodziłaby się Pani pojechać do Warszawy?”
Odpowiedziałam, że tak. Wówczas podał mi wyjętą z kieszeni niewielką paczuszkę owiniętą sznurkiem, którą schowałam do torebki. Wyjaśnił, ze w paczuszce jest zaklejona, zaadresowana koperta i kilka krótkich instrukcji dotyczących mojego zachowania w stolicy.
W Warszawie zatrzymałam się u mojej młodszej siostry Delfiny w jej mieszkaniu przy ul Dzielnej. Paczuszkę otworzyłam wieczorem w łazience. Instrukcje przeczytałam i zapamiętałam, by następnie zniszczone spłynęły w spłuczce.
Na drugi dzień udałam się pod wskazany adres. Drzwi otworzył pan w wieku około 60 lat i wręczyłam mu kopertę.  Adresat zaprosił mnie do jednego z pokoi adresat zostawił mnie z panią domu, a sam w innym pokoju czytał list. Gdy pan domu wrócił, zapytał, „co takiego spotkało panią w tym Łagowie”. Wiedziałam ze zniszczonej instrukcji, że w tym mieszkaniu mogę mówić szczerze, więc opowiedziałam swoich kłopotach. Gdy wychodziłam, podano mi adres z dokładną instrukcją.
Przez pierwsze 3 tygodnie odwiedziłam 4 adresatów. W ostatnim mieszkaniu polecono mi udać się do dyrektorki średniej szkoły ogólnokształcącej z podaniem o przyjęcie do pracy. Dyrektorka podanie przyjęła i zaproponowała kolejne spotkanie. Otrzymałam wówczas pismo, że jestem pracownikiem szkoły, które było załącznikiem mojej prośby o przydział mieszkania.  Jednym z załączników było także zaświadczenie lekarza szkolnego, że mieszkając w bardzo złych warunkach nabawiłam się zapalenia strun głosowych.
Na moim dokumencie zatrudnienia jest data jednego z ostatnich dni listopada, lecz pracę rozpoczęłam w II półroczu, a mieszkanie otrzymałam przed Nowym Rokiem.
 Grupa osób, których wcześniej nie znałam, którzy wcześniej o mnie nic nie wiedzieli załatwiła mi pracę i stały meldunek w Warszawie.…..


Nasza była nauczycielka łaciny jeszcze kilka razy uczestniczyła w zebraniach Koła Warszawskiego TPZO i zabierała głos w dyskusjach. Ale gdy Koło przestało działać, kontakty osobiste zostały przerwane.
Gdy Pani Halina Szarzyńska zamieszkała w Warszawie, odwiedzała ją niekiedy jej młodsza siostra Delfina. Droga z ulicy Dzielnej - gdzie mieszkała – na ulicę Waszyngtona na Pradze była uciążliwa. Musiała także zapewnić opiekę 2 nieletnim córkom, gdy opuszczała dom. Zbyt się różniły, by atmosfera rozmów była miła. Halina była spokojna, zrównoważona, a Delfina pogodna.  Na atmosferze rozmów ciążyła różnica statusu społecznego obu pań.
Delfina niegdyś marzyła, aby studiować na Akademii Sztuk Pięknych a po jej ukończeniu pracować, jako ilustrator książek. Marzenia się nie spełniły. Wysłano ją tylko na kursy biurowe.  Nie wiadomo, czy zabrakło funduszy na jeszcze jedne studia dla kolejnego dziecka, czy rodzice nie docenili jej zdolności rysunkowych.

Około 1965 roku zamieszkała z Haliną jej matka Antonina z Szyrajewów Chmielewska. Po zakończeniu wojny ponownie zamieszkała z mężem Czesławem w Poznaniu, gdzie Czesław pracując, jako muzyk zapewniał im utrzymanie. Gdy Czesław zmarł przyjechała do córki do Warszawy. Gdybyśmy znali datę jego zgonu, znalibyśmy datę jej przyjazdu do córki. Wg wspomnień mieszkała kilka lat i w jej mieszkaniu zmarła. Grób się nie zachował,

    Nie znalibyśmy życiorysu Jerzego Szarzyńskiego syna Haliny, gdyby nie wspomnienia jego ciotecznej siostry Grażyny Milewskiej z Australii. Odwiedzała niekiedy Polskę  zawsze wstępowała do mieszkania Pani Szarzyńskiej.  Dzięki tym wspomnieniom powstał krótki życiorys Jerzego
Syn Pani Haliny Jerzy ukończył studia na Politechnice Warszawskiej. Po jej ukończeniu przeniósł się do Gdyni, gdzie był studentem Szkoły Oficerskiej Marynarki.  Odbył kilka rejsów szkoleniowych do kilku krajów.  Po 2 latach opuścił Szkołę. W latach młodzieńczych cieszył się dobrym zdrowiem, lecz z czasem zaczął się uskarżać na różne dolegliwości.  Znalazł sobie pracę w biurze. Tradycja rodzinna nie przekazała, w jakim biurze i w jakim charakterze pracował. Być może miał wiele zwolnień lekarskich i z czasem przeszedł na rentę. Był inteligentny, oczytany, interesował się historią. Opiekował się dwoma dużymi psami, do których był bardzo przywiązany. Podczas kolejnej wizyty w Polsce Grażyna Milewska odwiedziła mieszkanie przy ul Waszyngtona 41 m 64 by spotkać się z ciotecznym bratem. Było to rok po śmierci Haliny. Jerzy był w trakcie finalizowania sprzedaży mieszkania. Projektował przeprowadzkę do Sopotu, gdyż tam żyli członkowie rodziny jego ojca. Obiecywał utrzymywać kontakt z Grażyną, lecz słowa nie dotrzymał. Nie odpowiadał na listy i nie odbierał telefonu.     Dalsze losy Jerzego Szarzyńskiego są nieznane.

Pani Halina Szarzyńska cieszyła się względnie dobrym zdrowiem. Nikt z jej byłych uczniów nie przypomina sobie by nie przychodziła na lekcje z powodu choroby. W latach 1992-93 zaczynała tracić pamięć. Nim objawy się nasiliły wymieniła kilka listów z siostrzenicą Grażyną Milewską. W miarę upływu czasu dolegliwości pogłębiały się i lekarze postawili diagnozę : choroba Alzhaimera. Syn bardzo troskliwie opiekował się matką

Halina z Chmielewskich Szarzyńska zmarła 2 kwietnia 1997 roku. Została pochowana na Cmentarzu Północnym: kwatera S-I-3,4. rząd 4. Grób. 6
Informacje o grobie:
Rodzaj grobu: ziemny
Typ grobu: pojedynczy
Charakter grobu: urnowy
Grób opłacony do dnia: 09-04-2017
 
ŹRÓDŁA


1.  Grażyna Milewska, córka Delfiny z Chmielewskich  Milewskiej  mieszka w Australii, gdzie emigrowała z Polski w 1981 roku
Jej adres e-mail przesłał mi jej krewny pan Piotr Ignatiuk. Po nawiązaniu kontaktu przez pół roku Pani Grażyna przesyłała mi kolejne e-maile dotyczące  rodziny  Chmielewskich i wykorzystałam je w  w życiorysie Haliny Szarzyńskiej
Pani Grażyna mieszka  w dalszym   w Australii
2    Pamiętnik Krzysztofa Gromka (w archiwum rodziny)
3.    Odręczne notatki autorki tekstu z prywatnych rozmów z panią Haliną Szarzyńską przeprowadzonych w latach 1973 - 1977 ( w archiwum rodziny)
4.    Halina Szarzyńska Wspomnienie sprzed pół wieku „Ziemia Opatowska” Nr 8 listopad rok 1990
Autor
Aleksandra Gromek Gadkowska
24 lipca 2015