Gadkowski.pl

JAN BĄK

inne publikacje

JAN BĄK
fragment życiorysu od 1 VII 1944 roku do 8 XI 1945 roku

„Przeżycia  mego  Ojca Jana podczas  Powstania  Warszawskiego fascynowaly mnie, jak wszystkich młodych chłopców, którzy jako dzieci obserwowali, nie wiele rozumiejąc zmian i zagrożeń, które groziły dorosłym. Ojciec chętnie opowiadał mi o swych  przeżyciach, a ja z czasem postanowiłem je zapisywać. Tak powstało to opowiadanie, które przekazałem mojej ciotecznej siostrze Aleksandrze Gadkowskiej, która podjęła się spisania  historii rodziny Bąków"
                                                                                Michał Bąk

         W dniu 1 lipca 1944 roku mój ojciec Jan otrzymał rozkaz od dowódcy Oddziału, by przed godziną „W” (17: 00) zgłosił się na wyznaczony wcześniej odcinek na Powązkach (nazwa Oddziału nie została odnotowana w archiwum rodziny).
     Walczył tam krótko, bo niemal natychmiast jego Oddział dostał się do niewoli. Jeńców umieszczono w Forcie Bema. Przez 3 dni stali stłoczeni po kolana w wodzie. Następnego dnia wyprowadzano ich partiami. Kazano im kopać doły, następnie rozstrzeliwano. Kolejna grupa musiała zasypać zabitych i wykopać sobie grób.
Gdy przyszła kolej na grupę, w której był Jan spostrzegł, że rozstrzeliwanym zostawiano dokumenty. Znając dobrze język niemiecki, zwrócił się do jednego z żołnierzy, by przyjął jego kenkartę, bo żona nie będzie wiedziała gdzie został pochowany. Niemiec uderzył go kolbą w głowę, a po ciosie upadł i stracił przytomność. W tym czasie rozstrzelali jego grupę. Jan ocalał, gdyż wtedy przyszedł rozkaz by wstrzymać egzekucje, a wziętych do niewoli użyć, jako żywych tarcz przed czołgami.

Ustawiono ich w kolumnę i popędzono na linię frontu. Na miejscu gdzie konwój zatrzymał się, cała grupa rozpierzchła się, ukrywając w pobliskich ruinach. Jan przesiedział tam resztę dnia. Nocą podjął próbę przedarcia się na Bielany.  Mogąc  przemknąć się przez linię frontu spostrzegł, że linia kolejowa przecinającą okopy obsługiwana jest przez polskich kolejarzy. Wywożono tą drogą silniki samolotowe z zakładów remontowych. To była jeszcze jedna szansa na ocalenie.  Poprosił jednego z kolejarzy, by pożyczył mu czapkę kolejarską.  Przedostał się do niskiego wagonu towarowego, skąd widać było tylko czapkę, zaś kolejarz w mundurze stał na stopniach wagonu. Po przebyciu tej pierwszej linii  niemieckich okopów wyskoczył z wagonu,  oddał czapkę i skrył się w krzakach. Musiał czekać nocy, by przejść niezauważony przez następną linię okopów. Gdy  podpełznął bliżej, spostrzegł,   że żołnierze niemieccy śpią. Słyszał ich oddechy. Wypatrzył wolne miejsce i przeszedł na drugą stronę. Przed nim rozciągała się duża, pusta, ziemia niczyja: za nim byli Niemcy, a przed nim daleko  posterunki  powstańców. Teoretycznie nikt nie powinien przebyć żywy tej pustej przestrzeni, zarośniętej wysokimi chwastami, gdyż snajperzy strzelali do wszystkiego, co się poruszało  w polu widzenia. Mieli stanowiska
ogniowe od strony Wawrzyszewa i ze szkoły przy ulicy Elbląskiej. Nie można się było nigdzie ukryć, gdyż była pełnia księżyca, a niebo było bezchmurne. Jan zaczął się czołgać. Po przebyciu około półtora kilometra dotarł do  brukowanej drogi, przecinającej dzielnicę Piaski. Leżało na niej kilku zabitych sąsiadów z Wawrzyszewa.
Jednemu z nich zabrał czapkę. Wystawił ją na kiju i po paru sekundach usłyszał gwizd kul. Po kilku próbach obliczając czas od wysunięcia czapki do świstu kul stwierdził, że jest możliwość wykorzystania cennych sekund i  przeskoczyć drogę. Szybkim skokiem przeskoczył  drogę i gdy padł na ziemię usłyszał znów gwizd kul.
Czołgał się dalej aż  dotarł  do powstańczego posterunku przy ulicy Kleczewskiej. Posiwiał i miał łokcie i kolana starte  ze skóry. Nie jadł i nie pił od 6 dni, więc podczas tej upiornej wędrówki do domu zaczął widzieć rzeczy, których na pustym polu nie było. Wydawało my się, że widzi żołnierza niemieckiego, celującego w niego. Skulił się, czekając na strzał. Gdy ten nie padł,   podniósł głowę i okazało się, że to tylko duży krzak ostu. Jan dotarł wreszcie do domu.
 Żona Jana zachowała się bardzo rozsądnie. Najpierw mu dała kieliszek wódki, a potem duży kubek rosołu. Ugotowała go z koguta kupionego „na zapas” i trzymanego w łazience. Ponieważ były ostrzeżenia, że może być odcięty dopływ wody, więc napełniła nią całą wannę.  Kogut się w niej utopił.
 Jan przebywał z  rodziną do połowy października 1944 roku. Powstanie dogorywało, Bielany zajęli Niemcy. Wydali rozkaz, by wszyscy mężczyźni  od 17 do 60 lat stawili się na dziedzińcu Domu Dziecka (dziś im Korczaka). Przewieziono ich potem w okolicę kościoła św. Krzyża i partiami prowadząc do pobliskich ruin – rozstrzeliwano. Ale znowu pojawiła się kolejna szansa. Środkiem Krakowskiego Przedmieścia  szła kolumna kobiet, dzieci i starców, niosących tobołki. Razem z kolegą Józefem Siwcem niespostrzeżenie wmieszali się w jej szeregi, pomagając nieść bagaże obciążonych ludzi. Razem dotarli do stacji kolejowej, gdzie załadowano wszystkich do wagonów towarowych. Ojciec  wspominał, że  nim dotarli do granicy Polski na każdej stacji pracownicy PCK podawali  więźniom wodę i jedzenie.
Pomogło to im przeżyć.
   
   Po przekroczeniu granicy Polski przez cały tydzień krążyli po Niemczech, a konwojenci usiłowali przekonać kolejne władze obozów koncentracyjnych by przyjęły transport. Jednak odmawiano, ze względu na przepełnienie w kolejnych obozach. Na pewno  byli w Birkenau i Gross Rozen Wreszcie skierowano transport do Stuttgartu. Tu urządzono 2 oddzielne obozy: dla kobiet i mężczyzn. Obozem męskim zarządzało SS, a więźniów  wykorzystywano  do odgruzowania zniszczonych nalotami aliantów domów i  do rozbrajania niewybuchów. To była ciężka i niebezpieczna praca, nagradzana skąpym jedzeniem. W mieście nie było Niemców zdolnych do pracy w fabrykach, gdyż wszyscy dorośli zostali powołani do wojska i walczyli na frontach. Postanowiono, więc skorzystać z pracy jeńców. Ogłoszono, że mają zgłaszać się fachowcy do pracy w fabrykach. Jan zgłosił, że jest tokarzem. Wtedy warunki życiowe nieco się poprawiły. Przeniesiono ich do innego, mniej strzeżonego obozu. Otrzymali legitymacje, kartki żywnościowe i niewielką sumę wynagrodzenia, mogli, więc wychodzić na przepustkę i kupić jedzenie. Razem z Janem przebywali Polacy różnych zawodów: m.in. byli dwaj śpiewacy Michał Ślaski. i jakiś inny znany bas. Wspominając okrucieństwa Niemców, traktujących więźniów jak  „pod ludzi”, Jan niekiedy  wspominał, że podczas pracy w fabryce (pracowano po 12-14 godzin na dobę) znajdował zawsze w szufladzie swego stanowiska pracy kanapkę z mięsem.  Który z Niemców przynosił ją i dlaczego to robił  -  Jan nie dowiedział się nigdy.
 Gdy  do Stuttgartu wkroczyli amerykanie i Francuzi zapanował chaos. Ogłoszono  tzw. „3 dni wolności”. Wolno było przez ten czas zabierać rodzinom niemieckim wszystko, co mieli. Byli więźniowie wchodzili do  bogatych mieszkań  i wychodzili obładowani cennymi dla nich przedmiotami. Nie obeszło się bez incydentów kryminalnych.
Mój ojciec Jan,   wierny swej pasji pojechał do Paryża i zakupił (za wygraną w karty) pełną walizkę przyborów do malowania Wiedział, że w Polsce nie będzie mógł ich zdobyć, i był przekonany, że przez całe życie będzie malował.
 Po jakimś czasie Niemców wysiedlono z ich mieszkań i zajęli je byli więźniowie. Jan zorientował się, że żywności w okolicy nie ma, zaś magazyny dla niemieckiej armii są pełne. Zorganizował, więc gromadzenie ich. Plan był dobry, bo gdy wyczerpano zapasy spiżarni mieszkańców, zaczęto odczuwać głód. Jan objął nad tym komendę.

Zorganizowano kuchnię polową, z której wydawano gorące posiłki.
(Wydaje się, że snując wspomnienia Jan pomylił się. W 1945 roku istniejące niegdyś żywnościowe magazyny niemieckie już dawno wysłano dla cofającej się armii, a stołówkę zorganizowano z dostaw Aliantów) Po ogłoszeniu zakończenia wojny jeńcy pragnęli wrócić do Polski. Zorganizowano transporty kolejowe, a każdy mógł zabrać tyle rzeczy ile mogło się zmieścić w wagonie. Niemcy byli mistrzami w organizowaniu przedsięwzięć takich jak  poczta i nawet po zakończeniu wojny listy z Polski i do Polski dochodziły regularnie.

Dochodziły nawet z Radomska paczki, które żona wysyłała mężowi w pierwszym okresie jego pobytu w Stuttgarcie. Dochodziły także listy z Polski z pierwszych transportów, które informowały, że na granicy z Polską celnicy ludzi puszczają wolno, lecz zawartość wagonów rekwirowali.
Jan postanowił temu zapobiec. Zaprosił do wagonu, którym miał podróżować kilku alianckich żołnierzy na przepustkach, którzy chcieli zobaczyć zniszczoną wojną Warszawę. Gdy na granicy z Polską otworzono drzwi wagonu, celnicy zobaczyli kilku uzbrojonych żołnierzy amerykańskich w mundurach patrzących groźnie. Celnicy naradzali się. Nie otrzymali jeszcze instrukcji jak traktować obcokrajowców chcących przekroczyć polską granicę zdecydowali jednak wagon przepuścić. ··             

Jan  Bąk wrócił z Niemiec  do Polski  8 listopada 1945 roku.

Aleksandra Gromek Gadkowska - 16 kwietnia 2016