Gadkowski.pl

MAJĄTEK ZIEMSKI PLANTA - powiat opatowski

inne publikacje


Jesienią 1998 roku odwiedzał mnie pan Franciszek Morawski pieczętujący się herbem Nałęcz I, syn ostatniego właściciela majątku Planta.
Bardzo chętnie opowiadał o  swym rodzinnym domu, urozmaicając opowieść anegdotami rodzinnymi. Wyraził zgodę, bym wspomnienia nagrywała i  opublikowała.
Oto obszerne fragmenty opowiadania Pana Franciszka Morawskiego.
 
„ Planta należała niegdyś do rodu Sołtyków, potem Łempickich a w końcu odziedziczyli  ją  Morawscy.
Kasztelan i senator Królestwa Polskiego Ludwik Łempicki pojął za żonę Konstancję z Sołtyków, do której należała m.in. Planta. Kajetan (Junior) Morawski pojął za żonę ich córkę Julię z Łempickich. Małżeństwo miało 7 dzieci: 3 córki i 4 synów. Jeden z synów Ludwika  Stanisław Łempicki był dziedzicem Planty. Niestety zmarł bezpotomnie i niespodziewanie testamentem przekazał Plantę w 1911 roku Konstancji Morawskiej (1842+1917). Panna Morawska nie była zainteresowana objęciem majątku. Wybitna pisarka, mieszkająca w Krakowie, przekazała zapisane dobra swej siostrzenicy także Konstancji, której była chrzestną matką, ale i ta nie przyjęła darowizny i w 1911 roku scedowała majątek ojcu Tadeuszowi z Jurkowa (1856+1934), administratorowi majątku Raczyńskich w Złotym Potoku. Jego żoną była Maria Iżycka (1866+1938). Byli to moi dziadkowie. Prócz mego ojca dziadkowie mieli jeszcze 2 synów i 4 córki.

Dziadek był tęgi, całkowicie niemal łysy, chodził z laseczką, a w pole jeździł dwukółką. Gdy objął majątek Planta i Iwaniska,  dobra były zadłużone, a gospodarka zaniedbana. Zanim  przywrócono go do kwitnącego stanu wybuchła I wojna światowa. Morawscy jako  poddani pruscy zostali internowani wraz z dziećmi do Kijowa, a potem do Saratowa.
Po powrocie do Polski  w 1919 roku, zastali majątek zniszczony. Leżał na linii frontu i przechodził z kilkakrotnie z rąk Austriaków do  Rosjan.  Zabudowania gospodarcze zostały  spalone, a dwór zdewastowany. Sąsiedzi, Paweł Popiel właściciel Kurozwęk, Wilhelm Orsetti właściciel Ujazdu i ks. kanonik z Kobierza,  którzy usiłowali opiekować się opuszczonymi przez właścicieli dobrami, nie byli w stanie zapobiec zniszczeniom. Ale zatrudnili administratora Zglinickiego, ( którego imienia nie pamiętam) i on,  nim majątek został całkowicie zniszczony przez przebiegającą tu linię frontu, zebrał sporą sumę pieniędzy, składaną po każdej transakcji u opiekunów. Suma ta bardzo się przydała, gdy po 5 letniej nieobecności rodzina Morawskich wróciła do swych dóbr.
Mój ojciec Stanisław Morawski (1887+1946), otrzymał wykształcenie rolnicze w Lipsku, Dreźnie i Monachium. Prócz języka niemieckiego i francuskiego  znał także łacinę i język grecki. 
Moją matką została  w 1920 roku Olga z Duninów. I od tego czasu zamieszkała w Plancie i tu urodziłem  się ja i dwanaścioro  mego rodzeństwa. Już wtedy ojciec powinien objąć na własność Plantę, ale stało się to kilka lat później - w 1926 roku.   Faktycznym decydentem w sprawach gospodarki był w dalszym ciągu mój dziadek Tadeusz. Majątek liczył 350 ha. ziemi uprawnej zagospodarowanej do samego podwórza,  a resztę stanowił las w trzech zwartych kompleksach.  Było w tym  100 hektarów 40 - letniego młodego  boru, nad którym górowały rozrzucone po całym obszarze stare sosnowe nasienniki. Las był piękny, jakby dwupiętrowy, przy czym górne piętro było wiele warte i oceniano je na około 1 milion złotych. Poza kompleksami leśnymi do Planty należał także folwark Łopatno, położony za lasami. Uporządkowano  gospodarkę leśną rozwiązując sprawę serwitutów, co wpłynęło dodatnio na stan lasów. Szybko odbudowano  zniszczone budynki, zmelioryzowano łąki.




Zdjęcie ze zbiorów pana Franciszka Morawskiego
(około 1937 roku)

Dwór był skromny i bezstylowy. Otoczony czworokątem starych drzew:  buków, brzóz i jesionów. Ozdobę Planty stanowiły dwie aleje starych  lip, prowadzących ze dworu ku szosie wiodącej  do Opatowa, która też obsadzona była lipami. Razem z szosą aleje tworzyły trójkąt  (kształt kielni - znak masoński). Te aleje były starannie pielęgnowane. Gdy któreś drzewo uschło, na jego miejsce wsadzano nowe drzewko. Do dziś przechowało się około 100 lip, z tych wiele  liczy napewno 300 lat.
Dwór zbudowano w 2 połowie XVIII wieku. Dwukrotnie był przebudowany po zniszczeniach wojennych w 1917 i 1927 roku. Architektem był stryjeczny brat mego ojca Franciszek. We dworze było 17 pokoi, 4 łazienki i 5 toalet. Budynek był piętrowy z takimż holem, skąd wiodły schody na piętro. Pamiętam, że  w bibliotece, w oszklonych szafach było wiele książek z XVIII i XIX wieku  i czasów późniejszych. Pokaźny był zbiór map, dawne wydania "Volumina legum", oprawione w skórę herbarze, stare encyklopedie francuskie, ponadto nadzwyczaj cenne najstarsze wydania dzieł Mickiewicza  i Słowackiego. Było także bardzo wiele  oprawionych roczników czasopism  z XIX wieku. Tam też przechowywano  archiwum Sołtyków i Łempickich. Mieliśmy nauczycielki języka   francuskiego. Często też posługiwaliśmy się tym językiem  w rozmowach przy stole. Sądzę że w języku niemieckim nie byliśmy bardzo zaawansowani. W domu była kolekcja portretów rodzinny Łempickich, sięgająca co najmniej trzech pokolenia wstecz.

Mój ojciec, Stanisław był również dobrym gospodarzem jak dziadek. Jako członek  sandomierskiej firmy nasiennej rozprowadzał kwalifikowane ziarno.W stajni stało 32 klacze do prac polowych, kilka koni cygowych u 2 kuce. W zagrodzie było 200 owiec cienko runnych. Większość upraw rolnych stanowiły rośliny przemysłowe.: buraki dostarczane do cukrowni we Włostowie i rzepak, który skupował właściciel olejarni w Opatowie Mandelbaum. Nie prowadzono hodowli trzody chlewnej na dużą skalę. W oborze było kilka macior dobrych ras, których potomstwo sprzedawano.  Rządcą w majątku był przez cały czas  ten sam Zglinicki. Dziadek i ojciec byli z jego pracy zadowoleni. Był dobrym, pracowitym, uczciwym całowiekiem. Zwolniono go jednak  w 1936 roku za incydent z żoną pracownika. Tego rodzaju fakty nie
mogły mieć miejsca, gdyż mój ojciec był gorliwym katolikiem. Współdziałał  z kurią biskupią w Sandomierzu jako przewodniczący Diecezjalnego Instytutu Akcji Katolickiej. i członek Instytutu Kultury Religijnej. Papież w latach 30-tych mianował go tajnym szambelanem papieskim. W tych pracach znalazł gorliwą pomocnicę w osobie mojej matki. Ona działała w Sodalicji Mariańskiej, prowadziła kursy dla kobiet ze służby folwarcznej i dla zakładu w Laskach przepisywała książki systemem  Braille`a. Wyhaftowała także  jak obliczyłem  15 ornatów dla kościołów. Pamiętam ją zajętą skomplikowanym haftem. Rodzice organizowali wspólnie rekolekcje dla ziemian i ziemianek  z okolicznych dworów.
Mój ojciec był średniego wzrostu, dość tęgi, miał krótkie wąsy i nosił binokle. Nie uchylał się   od prac społecznych. Działał w Związku Ziemian, przez kilka lat był sędzią pokoju w Opatowie. Był członkiem sejmiku powiatowego, należał do Zarządu Opatowsko - Radomskiego Towarzystwa Rolniczego i był jednym z założycieli mleczarni w Opatowie.  Z jego inicjatywy zbudowana została odnoga kolejki wąskotorowej, łącząca Staszów z cukrownią we Włostowie.
Moi rodzice byli do siebie bardzo przywiązani. Ojciec nigdy nie podejmował żadnej decyzji bez  rady matki. Matka w pierwszych latach małżeństwa była szczuplutką damą,  lecz w miarę kolejnych porodów przybierała na wadze. Jednak w ostatnich latach życia wyszczuplała.
Po dworze nie pozostało śladu. Nieznacznie tylko uszkodzony w czasie wojny, po wojnie został całkowicie rozebrany. Podczas II Wojny Światowej  cała nasza rodzina włączyła się czynnie w ruch oporu. Ojciec był członkiem ZWZ, a potem AK. Także ja i moi bracia  należeliśmy do dywersji leśnej, zaś siostry były łączniczkami i sanitariuszkami w zgrupowaniu AK w Iwaniskach. We dworze udzielano pomocy materialnej zgrupowaniom partyzanckim. Mój ojciec był przedstawicielem RGO na powiat opatowski i organizował pomoc rodzinom aresztowanych i wysiedlonym z poznańskiego. W Plancie
znalazł schronienie uciekający z Warszawy przed gestapo Jan Parandowski z żoną i dwojgiem dzieci. W wydanych po wojnie wspomnieniach Jan Parandowski dał wyraz niezadowoleniu z pobytu w Plancie, mimo, że z naszą pomocą uniknął kontaktu z Niemcami. Już sam ich  pobyt w naszym domu groził poważnymi konsekwencjami ze strony Gestapo, gdyż żona  Parandowskiego nie była aryjką. Oprócz Parandowskich  pamiętam przebywającego u nas w czasie okupacji profesora Stefana Błachowskiego, (którego córka była moją pierwszą fascynacją dziewczęcym wdziękiem i urodą),  Kazimierza Nowakowskiego wysiedlonego z Poznania, oraz dość liczna grupa kuzynów i krewnych Morawskich.  Przy stole gromadziło się około 40 osób. Jadłospis nie był zbyt urozmaicony, gdyż mięso podawano nie często, nadrabiając braki białka nabiałem i jarzynami.  Matka  od początku życia w Plancie służyła pomocą w chorobie i nieszczęściach pracownikom dworu, zaś liczne moje siostry  organizowały  komplety szkolne  dla dzieci  ze  dworu i z okolicznych wsi.
Gdy został przerwany front na Wiśle, wojskowe władze radzieckie zarządziły ewakuację ze dworu wszystkich mieszkańców. Cały żywy inwentarz został zarekwirowany. Pomoc wieśniaków z sąsiedniej  wsi Radwan, dających 5 parokonnych  wozów,  dodając synów jako woźniców,  pozwoliła wywieźć do tej wsi  resztę dobytku.
Skierowaliśmy się  potem do dworu pani Mierzwińskiej w Suliszowie,  skąd  droga wiodła do wsi Miechocin, gdzie dojechaliśmy radzieckimi samochodami. Po jakimś czasie stanęliśmy w Grębowie u  Seweryna Dolańskiego. Po przejęciu przez reformę rolną tegoż majątku i uwięzieniu gospodarza, rodzina nasza zatrzymała się w grębowskiej plebanii. Ale i tu nie mieszkaliśmy długo. Przenieśliśmy się do budynku po starym posterunku milicji. Mieszkaliśmy tam do 1947 roku. W tym czasie  ojciec był już bardzo chory. Biskup sandomierski zawsze nam życzliwy, dał  do dyspozycji samochód, by można go było przewieźć  do szpitala w Krakowie, gdzie niestety zmarł w 1946 roku i zostałtam tam pochowany.
Wówczas zapadła decyzja wyjazdu do Poznania, gdzie  wykupiliśmy  zdewastowane mieszkanie.  Po wyremontowaniu go - w czym miałem niemały udział - zamieszkaliśmy w nim. Matka została dozorczynią domu, a tę zaszczytną funkcję pełniła przez całe 5 lat, (co gwarantowało uzyskanie najniższej emerytury). Zmarła w 1959 roku i została pochowana na poznańskim cmentarzu.
Moi rodzice mili 8 córek i 5 synów. Trzy siostry mają wykształcenie wyższe, jedna średnie techniczne, trzy tylko maturę ogólnokształcącą, a jedna siostra,  najmłodsza, zmarła w Poznaniu jako 13 letnia dziewczynka.
Dwóch mych braci wybrało stan duchowny, a my trzej pozostali, pokończyliśmy studia  i jakoś urządziliśmy się w życiu. Odwiedzam często Plantę i jak wszyscy ludzie w dość zaawansowani w wieku, z rozrzewnieniem wspominam spędzone tu beztroskie chwile w dostatku, pod opieką i  miłością troskliwych rodziców.”

Wspomnienia pana Franciszka Morawskiego spisała  Aleksandra Gromek Gadkowska
19 lutego 2011