Gadkowski.pl

opatowska gimnazjalistka z Truskolasów

inne publikacje

 

Stanisława z Dumaniów Skrzypczyk

 Marianna Stanisława była drugim dzieckiem Agnieszki i Wojciecha Dumaniów. Przyszła na świat 3 lutego 1924 roku w Truskolasach w jednym z najpiękniejszych podgórskich zakątków Ziemi Opatowskiej, który w ubiegłych wiekach porośnięty był gęstą puszczą. Jedyny po niej ślad to zachowane nazwy osad ludzkich jak Truskolasy czy Bukowiany. Dziad Stasi Wojciech, sprowadził się tu pod koniec XIX wieku z pobliskich Worowic, które były kolebką rodziny Dumaniów. Kiedy likwidowano folwark w Truskolasach, od dziedzica Kotkowskiego odkupił 32 morgi urodzajnej ziemi, która przypadła później trojgu jego dzieciom, w tym synowi, ojcu Stasi, także Wojciechowi.
    Najodleglejsze wspomnienia małej Stasi to wędrówki po stokach pobliskiej Góry Truskolaskiej, gdzie ze starszą siostrą Helenką zbierały grzyby i jagody.
Bawiły się także na pobliskiej łące, po której przepływał strumyk. Dziś po latach spoglądając przez okno na widoczną Górę Truskolaską wspomina z rozrzewnieniem dawne  beztroskie czasy:
 „…Nasza mama była drobna  i   szczupła . Tata był także szczupły, niezbyt wysoki. Miał ciemne włosy i od czasu operacji katarakty, którą zrobiono mu w Krakowie, nosił okulary. Rodzice byli bardzo pracowici i przedsiębiorczy. Żeby podreperować budżet odciągali z mleka śmietanę, którą ojciec odwoził panu Gajewiczowi do Waśniowa i  miał z tego dodatkowe  pieniądze. Po porannym obrządku w oborze, przygotowywała obiad i urządzała pranie. Mama w jesienne i zimowe wieczory  przędła na kołowrotku nitki z wełny i lnu. Gotowa przędza odstawiana była za górę Truskolaską, gdzie mieszkali najlepsi w okolicy tkacze. Z gotowego materiał mama szyła na maszynie odzież dla rodziny, a z uprzędzonej wełny Helenka robiła swetry. Do dzisiaj jest w domu kołowrotek i  maszynka do przewijania nici na szpule.
     Rodzice mieli wiele pracy nie tylko przy obrządku własnego gospodarstwa. Chodzili także na zarobek do dworu w Gołoszycach.  Ziemia w tamtych okolicach była  urodzajna, więc  rosła na niej pszenica i dorodne buraki, które dziedzic Leszczyński odstawiał do cukrowni.  Obcinali liście buraków, które otrzymywali jako zapłatę za tą pracę.  Były one doskonałą karmą dla krów.  W oborze stało ich cztery, a czasami i więcej.   Mleka i masła było w domu zawsze  pod dostatkiem. Dom murowany w którym mieszkam do dziś, wybudowany został ponad 80 lat temu. W czasie działań wojennych w 1944 roku był częściowo zniszczony, ale rodzice go odnowili i jest prawie taki sam jak dawniej. Tylko piec w kuchni jest trochę przestawiony, a w komórce, gdzie stała wirówka i przechowywało się śmietanę, jest teraz łazienka.

Wówczas dobudowano też  ganek, którego dawniej nie było. Z okna pokoju, z którego jest widok na górę Truskolaską, stoi duży stół i przy nim, przy naftowej lampie, odrabiałam lekcje
.”
 



Góra Truskolaska, widok z posesji Dumaniów.

       W roku 1931 zmarła starsza siostra Stasi -  Helenka. Nieznana jest przyczyna jej zgonu. W tamtych czasach, w nagłych przypadkach zachorowań, dostęp mieszkańców odległych wsi do opieki lekarskiej nie był łatwy.
  „…  W tym czasie  rodzice zapisali mnie do szkoły, która  mieściła się  w izbach wynajętych od Brodawki i Franciszka  Biernata w prywatnych domach koło Zwoli  i blisko  Czerwonej Góry. Kierownikiem szkoły był pan August Kos, podobno Niemiec z pochodzenia, a nauczyciele, których nazwiska zapamiętałam  to pani Sperżyńska i pan Kwiatkowski.  Religii uczył nas proboszcz z Mominy  Cześnikiewicz, a później ksiądz Godzwon. Warunki nauki były tam trudne. Klasy były zimne, jesienią i zimą szybko zapadał zmrok  i oświetlano je  lampami naftowymi. Lubiłam  drogę do szkoły chociaż była błotnista, albo zasypana śniegiem, wówczas chodziliśmy polami obok drogi.   Razem  ze mną  chodzili do szkoły: rówieśnicy ze wsi: Mietek Bugaj, Staś Chyc, Mietek Pocheć, Henio Majewski, Mietek  Wójcik i  dwie  Helenki  : Grzesik i Majewska. Pamiętam ich wszystkich doskonale. Wspominam psoty i zabawy z nimi. Wielu z nich nie ma już wśród nas, ale te czasy dzieciństwa i wczesnej młodości  wspominam dziś chętnie, gdyż był to najszczęśliwszy okres w moim życiu.  Lubiłam się uczyć i chętnie czytałam książki.  

Nauczyciele zwracali uwagę nie tylko na naukę , ale także na higienę  i  sposób  zachowani , a pan Kos uczył nas kaligrafii .  
 Ważnym  wydarzeniem, które utkwiło mi w pamięci  była śmierć Marszałka Józefa Piłsudskiego w maju 1935 roku. W szkole obowiązywała żałoba.  Nosiliśmy czarne opaski na rękawach, a podczas uroczystego apelu śpiewaliśmy piosenkę, której kilka zwrotek  zapamiętałam:
                        „To nieprawda, że Ciebie już nie ma,
                        To nieprawda, że leżysz już w grobie
                        Chociaż płacze dziś cała polska ziemia,
                        Cała polska ziemia w żałobie…       i.t.d. …

                     
       Sześć lat szkoły powszechnej minęło Stasi  bardzo szybko.  Tak dla niej jak  i  dla  rodziców było oczywiste , że powinna naukę kontynuować.  Wtedy nie było to łatwe, ani  tanie.   Szkoła średnia,  Gimnazjum i Liceum im. B. Głowackiego , działająca od 1917 r. w Opatowie , była szkołą prywatną więc płatną.  Jeszcze przed odzyskaniem niepodległości, powołano tu Włościańskie Gimnazjum Koedukacyjne.  Od początku słynęło ono z wysokiego poziomu nauczania, opuściło go wielu absolwentów mieszkańców Ziemi Opatowskiej, którzy pełnili później ważne funkcje w różnych dziedzinach.
 Szkołę tą ukończyło już wcześniej kilku  sąsiadów  i  kuzynów  Stasi z okolicznych wiosek, wiec droga trochę była przetarta, ale przeszkodą były koszty nauki, bardzo znaczne jak na  ówczesne , wiejskie warunki ,  i odległość  , kilkanaście kilometrów od  Opatowa. Kosztowała nie tylko sama nauka, książki,  szkolne  wyposażeni , ale  i  stancja  w mieście.
  Uczniowie z odleglejszych miejscowości, którzy nie byli w stanie codziennie chodzić z domu do szkoły tak jak Stasia, zamieszkiwali w wynajmowanych pomieszczeniach u mieszkańców Opatowa, którzy chcieli w ten sposób podratować swój budżet.  Warunki najczęściej były skromne, udogodnienia jak łazienki z bieżącą wodą, rzadkością. Podobno w Opatowie przed wojną były tylko trzy domy prywatne z kanalizacją . Nie wszędzie doprowadzona była też elektryczność.

Stancje były sposobem na poprawienie sytuacji materialnej mieszkańców miasta, więc  starali się oni w wynajmowanych pomieszczeniach upchnąć jak najwięcej uczniów nie zawsze  dbając  o wygodę i elementarne warunki do nauki. W połowie lat 30 ubiegłego wieku panował w Polsce kryzys gospodarczy. W miasteczku było wiele  rodzin bezrobotnych, więc wynajmowano część mieszkania uczniom. Opłaty miesięczne i część zaopatrzenia materialnego w produkty spożywcze dawało szansę na przetrwanie niezamożnej rodzinie.
  Stasia dobrze zapamiętała dzień wyjazdu z Truskolasów do Opatowa.  Ciekawość nowych warunków życia, mieszała się z żalem, że opuszcza dom rodzinny. Smutno jej było, że rozstaje się z młodszym rodzeństwem Władziem i Helenką. Stasia wspomina:

… Początkowo mieszkałam w pobliżu kolegiaty u pani Relingowej, w której domu był sklep. Opłata wynosiła 40 zł miesięcznie, za co otrzymywałam obiady, ale śniadania i kolacje robiłam sobie sama. Po miesiącu ojciec znalazł inną stancję w pobliżu klasztoru oo bernardynów, u nauczyciela muzyki w gimnazjum, pana Głogowskiego. Opłata była niższa i wynosiła 30 zł miesięcznie,  ale  ojciec musiał dowozić   raz w miesiącu  produkty  żywnościowe; mięso, masło, jaja , ziemniaki, a także drewno na opał. Przy okazji pobytu w Opatowie ojciec  sprzedawał  na targu przywiezione zboże, czasem świnkę. Wtedy dostawałam kieszonkowe 50 gr. i kupowałam sobie bułkę w sklepie pana Króla, do którego  dowożono specjalnym krytym wozem z dwoma karymi konikami  smakowite pieczywo aż z odległych Mirogonowic.
 Rodzina  Głogowskich wynajmowała dwa pokoje z kuchnią od strony ogrodu, od właściciela domu, pana Jana Zawadzkiego. W jednym większym pokoju mieszkałyśmy  we cztery , z  Reginą Kotkowską z Czerwonej Góry, Janką Bełchowską  z Niemienic  i trochę starszą od nas córką pani Głogowskiej – Janką. Jedzenie nie było wyszukane. Dostawałyśmy na obiad najczęściej kaszę jęczmienną albo ryż z cukrem lub ruskie pierogi. Kiedy było ciepło uczyłyśmy się w ogrodzie, Właściciele pozwalali nam podjadać jabłka z sadu.
Czas po lekcjach spędzałyśmy głównie w mieszkaniu, wychodziłyśmy  tylko wyjątkowo np.  gdy  był odpust w kolegiacie   św. Marcina, lub inne święto wypadające w środku tygodnia. Dyrektor gimnazjum, ksiądz Prügel  miał w zwyczaju niemal codzienne kontrolować  domy  w których mieszkali jego uczniowie.  Uczennice  obowiązywał  jednolity strój:  białe bluzki, granatowe spódnice i żakiety  z niebieskimi wypustkami na kołnierzu i klapach ,  i popielate pończochy. Nie do pomyślenia było wyjście na ulicę w prywatnym ubraniu.
Do szkoły miałyśmy  blisko.  Schodziłyśmy wąską uliczką obok zniszczonej kapliczki stojącej nad stawem. Po drugiej stronie szosy ostrowieckiej wchodziłyśmy w  uliczkę  prowadzącą do szpitala, skąd do gimnazjum  było już  bardzo blisko…
Sale lekcyjne , pracownie gimnazjum i liceum  mieściły się  w kilku budynkach  stojących na terenie całej posesji. Kancelaria dyrektora,  pokój nauczycielski, 3 sale lekcyjne i gabinet pomocy naukowych mieściły  się w drewnianym, parterowym  budynku zbudowanym na  wysokiej, kamiennej podmurówce i szerokimi schodkami przed wejściem
.


                                
Główny budynek gimnazjum opatowskiego, lata 30-te ubiegłego wieku.

    W innym budynku była sala gimnastyczna, w osobnym  ubikacje. Mieszkający na terenie szkoły woźny  Sobolewski,  pilnował porządku i strofował uczniów gdy za bardzo dokazywali. Sale lekcyjne były oświetlane początkowo lampami naftowymi potem elektrycznością, wyposażone były w ławki z otworami na kałamarze, bo pisało się tylko stalówkami. Przed każdą przerwą otwierane były okna i głęboko oddychaliśmy. Klasy liczyły zwykle około 40 uczniów, lekcje trwały od  8 do 14, potem wracało się do mieszkania  i tam spędzałyśmy czas.
 Z nauczycieli zapamiętałam dwóch: polonistę Wacława Kwiatkowskiego i germanistę (według innych źródeł historyka z wykształcenia), Franciszka Micora, który był zawsze był bardzo elegancki, miał bródkę.  Religii , filozofii i łaciny uczył nas sam dyrektor- ksiądz Antoni Prügiel.
 Dyrektor ks. Antoni Prügel utrzymywał w szkole porządek i żelazną dyscyplinę, był także świetnym organizatorem. Prócz kierowania szkołą i nauczaniem , osobiście nadzorował  budowany z jego inicjatywy murowany,  nowy, obszerny budynek siedziby szkoły. 
Ksiądz Prügel był postawny, nosił się prosto, chodził sprężyście, sprawiał wrażenie mężczyzny wysportowanego. Rodzice uczniów, którzy chcieli z nim porozmawiać, najpierw całowali go w rękę. Mieszkał w którymś z budynków na terenie szkoły.  Codziennie, bez względu na pogodę  wczesnym rankiem udawał się  do kościoła pobernardyńskiego, gdzie uczestniczył w Mszy św.
Wścibscy uczniowie zauważyli jego jedyną słabostkę: palił papierosy i nie  stronił od kielicha, ale dyskretnie, nie w obecności uczniów, żeby nie dawać złego przykładu
.

 
Każdą niedzielę i w święta państwowe. uczniowie Gimnazjum i Liceum im. B. Głowackiego zbierali się o godzinie ósmej przed w szkołą  i  czwórkami, ze szkolną orkiestrą na czele, maszerowali do Kolegiaty. Podczas Mszy św. chór szkolny śpiewał pieśni.   Ja, w miarę możliwości w sobotę po lekcjach wracałam najczęściej piechotą, do domu w Truskolasach.  Wówczas w niedzielę chodziłam 7 km do swojego parafialnego kościoła w Mominie i  każdorazowo otrzymywałam podpisane przez księdza  Godzwona   zaświadczenie  o obecności na  mszy, które w poniedziałek okazywałam księdzu dyrektorowi.  Kiedy były wielkie śnieżyce, albo przeszkodziły  inne utrudnienia  w dotarciu  do Mominy, zdarzało się podrabianie podpisu ks. Godzwona.



                               

Stasia Dumaniówna  przed domem w Truskolasach, 1938 rok.

       Uczyłam się chętnie. Bez trudu przechodziłam do kolejnych klas. W  czerwcu 1939 r. pomyślnie ukończyłam gimnazjum, dostałam tzw. małą maturę. Do liceum, już w nowym roku szkolnym, rodzice zamierzali mnie zapisać do szkoły państwowej  w Tarnobrzegu. Plany te pokrzyżował wybuch wojny, która nie tylko uniemożliwił mi dalszą naukę, ale i w bardzo dramatyczny sposób zmienił moje życie.
        Podczas pobytów w rodzinnych stronach poznałam przystojnego sąsiada,   starszego o 5 lat Stefana Skrzypczyka. Uczył się w szkole muzycznej  w Radomiu .

Pisał dla mnie piękne wiersze.  Oczarował mnie…  W 1939 roku został powołany do wojsk . Po kampanii wrześniowej wrócił do Truskolasów. Wiosną 1941 r. wzięliśmy  ślub,  i odbyło się skromne wesele. Po kilku szczęśliwych miesiącach, zimą, kiedy mrozy dochodziły do 40 stopni, wybuchła epidemia tyfusu plamistego.

Po przenocowaniu w domu radzieckiego jeńca, uciekiniera z więzienia na Św, Krzyżu  zachorowała cała nasza rodzina.  Najpierw zmarli rodzice, kilkanaście dni później 15-letni brat Gustaw.

Na moje i Stefana barki spadł ogromny ciężar tragedii: wychowania dwójki młodszego rodzeństwa i prowadzenia gospodarstwa rolnego.
Koszmarnych  lat okupacji , ciągłego strachu i niepewności jutra, obawy o życie bliskich, nigdy nie zapomnę. Razem z nami mieszkała kobieta wysiedlona z poznańskiego. W pobliskich lasach pełno było ziemianek, roiło się od partyzantów. W naszym domu często bywali i Saszka , Ponury, Nurt i setki wygłodzonych partyzantów.  Ile jedzenia się nagotowałam , ja tylko wiem. Kiedyś sama byłam w domu, zjawił się oddział partyzantów i zostawił w stodole  stos karabinów.  Nie chcieli się z bronią pokazywać na wsi. Niespodziewanie Niemcy zaczęli otaczać wieś. Nie wiem skąd ja, niespełna 20 -letnia dziewczyna, miałam przytomność i siłę, żeby szybko owinąć je w snopki i pochować w sąsieku. Kiedy przyszli Niemcy i pokrzykując banditen, banditen  przeszukiwali obejście - byłam spokojna, ale  prawie nieprzytomna ze strachu.
  Latem 1944 r. wysiedlono nas, dom częściowo spalił się więc po powrocie wegetowaliśmy w oborze. Odbudowaliśmy gospodarstwo, urodziły się dzieci, wychowaliśmy  je  i  wykształcili .
     Najstarsza Jadwiga studiowała na UMCS-ie  w Lublinie, otrzymała dyplom matematyka informatyka. Mieszkała i pracowała w Dębicy. Młodszy o kilka lat Kazik  wyróżniał się uzdolnieniami technicznymi, był niezastąpioną złotą rączką. Ukończył Technikum Elektryczne. Mieszka w Ostrowcu. Ala interesowała się przyrodą, ukończyła Technikum Geologiczne w Kielcach i pracuje  tam w laboratorium paleontologicznym. Mój mąż oprócz zajęć w gospodarstwie rolnym przez cały czas zajmował się innymi sprawami, był sekretarzem w gminie, prowadził sklep, a przez wiele  lat był tez organistą w nieodległych Biskupicach.  Zmarł w 2008 r.
      Ja, mimo sędziwego wieku,  wiele pamiętam z przeszłości.  Mieszkam razem z córką Alą i jej mężem Maćkiem w tym samym domu od lat.  Odwiedzają mnie dzieci, wnuki, a ostatnio pojawił się prawnuk.  Codziennie spoglądam z okna  na ten sam ciemny masyw  Góry Truskolaskiej …




W tym domu w Truskolasach Stanisława mieszka ponad 80 lat i nie zamieniłaby go na  najwspanialszy apartament.

W 2013 roku jesienią odwiedziliśmy miejsce, gdzie przed 80-ciu laty mieszkała na stancji bohaterka naszej opowieści. Dom Jana Zawadzkiego na przyklasztornym wzgórzu jeszcze stoi , zaniedbany, częściowo rozebrany.  Niewiele pozostało z sadu , który zajmował całą południową część rozległej  posesji.



                    
Widok domu Zawadzkiego od strony południowej w 2013 r.

Z sadu  pozostały tylko pojedyncze  drzewa a naprzeciwko wejścia do klasztoru  zrobiono  utwardzony parking .

Jedząc jabłka panna Stasia nie wiedziała, że dom jej stancji stoi na wzgórzu na którym w bardzo dawnych czasach istniało grodzisko obronne dla sąsiednich plemion. Tu celebrowano kult przed chrześcijańskiego boga Żmija. Dlatego wcześniej, zanim pojawiła się nazwa Opatów, miejsce to nazywano Żmigrodem.
      
 Autorzy
Aleksandra  Gromek Gadkowska
Marian Stępniewski
 13 kwietnia 2014